0

W czasach mojej młodości konstruktorzy i naukowcy usilnie starali się wymyślić sposób na wzniesienie się w powietrze. Jak się okazuje, kilkaset lat później czynność ta nikogo nie dziwi i jest zarówno sposobem na pokonywanie mniejszych lub większych odległości, jak i formą spędzania czasu wolnego. Dziś będę miał jedyną w swoim rodzaju okazję, by przyjrzeć się nieco bliżej sportowi, który nazywany jest paralotniarstwem. Przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem czego się spodziewać.

Jak udało mi się dowiedzieć od pasjonatów tej formy rekreacji, paralotniarstwo polega na lataniu przy użyciu paralotni, czyli szybowca o miękkim płacie nośnym.

W Beskidzie Wyspowym, rejonie w którym się znajduję, amatorzy tego sportu w szczególności upodobali sobie dwa szczyty: Ćwilin oraz Śnieżnicę.

Pierwszy z nich jest drugim co do wielkości szczytem górskim Beskidu Wyspowego, który charakteryzuje się stosunkowo płaskim oraz długim zboczem południowym. Jest to góra mało uczęszczana, przez co miłośnicy tego sportu nie muszą się obawiać o tłok. Brak tu oficjalnego lądowiska – do lądowania przeważnie wykorzystuje się pola pod Małym Ćwilinkiem (wzniesieniem o wysokości 795 metrów nad poziomem morza).

Śnieżnica to natomiast doskonały wybór dla wszystkich miłośników zapierających dech w piersiach widoków – podziwiać można stąd zarówno Ciecień (szczyt o wysokości 825 metrów nad poziomem morza), jak Zbiornik Dobczycki oraz oddalony o niecałą godzinę drogi Kraków. Przy dobrych warunkach atmosferycznych możliwe są przeloty w stronę Tatr oraz Słowacji. Niestety, szczyt jest ten dosyć znany wśród fanów paralotniarstwa, więc niekiedy bywa tu tłoczno. Rolę oficjalnego lądowiska pełni łąka poniżej stacji PKP.

Obserwując paralotniarzy nie mogłem się nadziwić z jaką łatwością wnoszą się oni i szybują w powietrzu – wygląda to niesamowicie. Chętnie wypróbowałbym tego sportu, lecz jedyną możliwością jaka rozważam jest lot w tandemie z wykwalifikowanym instruktorem.