Blog

0

Pamiętam, że jako małe dziecko każdą wolną chwilę spędzałem na dworze bawiąc się z moimi kolegami i koleżankami. Dziś niestety coraz częściej widzę młodych ludzi z różnego rodzaju elektrycznymi urządzeniami w dłoniach, których obsługi nie zamierzam póki co opanowywać. Jakie było zatem moje zaskoczenie, gdy podczas ubiegłotygodniowej wyprawy na Ćwilin spotkałem sporą gromadkę dzieci wraz z nauczycielem. Jak się okazało, byli to uczniowie jednej ze szkół podstawowych, która stawia na naukę w praktyce – zajęcia w plenerze i piesze wycieczki są tam na porządku dziennym. Wiadomość ta bardzo poprawiła mi humor i uczyniła wspinaczkę jeszcze przyjemniejszą.

Co warto wiedzieć na temat Ćwilina? Jest to piękny, widokowy szczyt zlokalizowany w centralnej części Beskidu Wyspowego. Pod względem geomorfologicznym jest to typowe, wyspowe wzniesienie, jako, że jego wierzchołek posiada regularny, eliptyczny kształt, a poza grzbietem Czarnego Działu nie ma bocznych, dłuższych odnóg. W stronę północną stok Ćwilina opada stromym stokiem ku przełęczy Gruszowiec. Na tymże zboczu zlokalizowany jest tak zwany „Pański Las”, a nieco niżej „Chłopski Las”. Na południe, w kierunku Wilczyc i Łostówki opada grzbiet Małego Ćwilinka, którego stokami wiedzie popularny szlak rowerowy oraz dróżki różańcowe, które planuję przemierzyć tego lata.

Ze szczytowej polany Michurowej rozciąga się natomiast zapierający dech w piersiach widok na południe, zachód oraz wschód. Mimo, że moja lornetka, którą zabieram ze sobą w każdą podróż jest już wiekowa, bez przeszkód udało mi się zaobserwować z tego miejsca Babią Górę, Tatry oraz Wielki Chocz. Na szczycie ponownie spotkałem wspomnianych przeze mnie uczniów, którzy z zapartym tchem słuchali opowiadanej przez nauczycielkę legendy związanej z tymże szczytem. Z tego, co udało mi się usłyszeć, kiedyś pod Ćwilinem znajdowała się głęboka przepaść, w którą rzucił się zrozpaczony po zdradzie ukochanej chłopak. Po jego śmierci z potoku płynącego u podnóża przepaści wielokrotnie usłyszeć można było jęki i zgrzytanie zębami. Pewnego razu niewierna dziewczyna podczas spaceru po lesie podeszła pod potok i zobaczyła w nim odbicie swojego dawnego ukochanego odzianego w białą, długą szatę. Jego włosy były zjeżone, a z ust buchał ogień. Na jego widok dziewczyna zaczęła uciekać, lecz upiór dopadł ją i wciągnął w głębinę. Od tego czasu nikt nie słyszał w tym miejscu żadnych niepokojących odgłosów.

0

W pewien majowy weekend postanowiłem odwiedzić zamek w Dobczycach. Mimo, że mieszkam niedaleko, nigdy nie miałem okazji zawitać do tego miejsca. Zamek zlokalizowany jest około 13 km na wschód od Myślenic i 12 km na południe od Wieliczki, na skalistym wzgórzu nad Jeziorem Dobczyckim, które powstało ze spiętrzenia wód Raby.

Na całym obszarze przetrwały niezbyt wysokie mury, które z tego co udało mi się dowiedzieć od przewodnika, w okresie zimowym praktycznie całkowicie giną pod śniegiem. W przeszłości wejście prowadziło od południa do zamku górnego, a dawna brama została w XVII wieku zamieniona na kaplicę. Do dziś widoczny jest w tym miejscu otwór wejściowy. Obecna brama do zamku głównego prowadzi od północnego wschodu przez drewniany, kiedyś zwodzony, most nad fosą, która oddzielała miasto od zamku. W okresie swojej świetności obiekt ten posiadał ponad 70 sal i 3 wieże – bramną z zegarami, wysoką cylindryczną oraz narożną znajdującą się w południowo – zachodnim skrzydle. Pomieszczenia mieszkalne zlokalizowane były zarówno na zamku górnym, jak i dolnym. Podziwiając zdobione elementy kamieniarskie i kafle, wyobraziłem sobie jak pięknie musiały się one kiedyś prezentować.

Gdy już zwiedziłem cały obiekt, postanowiłem odwiedzić znajdującą się tam karczmę „Na Zbóju”. Skąd taka, a nie inna nazwa? Bardzo szybko poznałem odpowiedź na swoje pytanie – przy wejściu do restauracji, przybyłych wita siedzący na ławie zbójnik tatrzański, który prosi przybyłych o datki na prace związane z renowacją zamku. W mgnieniu oka przypomniało mi się, że historię z nimi związaną opowiadał mi kiedyś mój dziadek. W 1732 roku na karczmę napadło 7 zbójników pod hetmanem Giertugą, z których jeden tuż po rabunku został zabity przez miejscowych strażników i pochowany na terenie lokalu.

Wszystkim, którzy, choćby na chwilę, chcieliby się przenieść do czasów Średniowiecza, polecam ten obiekt. Uwaga! Zwiedzanie zamku możliwe jest wyłącznie w sezonie, to znaczy od 1 kwietnia do 31 października.

0

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze interesowała mnie astronomia. Jako młody chłopak lubiłem wieczorami kłaść się na polanie nieopodal mojego domu i wpatrywać w rozgwieżdżone niebo. Gdy tylko dowiedziałem się, że w pobliskiej Węglówce, na szczycie góry Lubomir znajduje się jedyne w Polsce obserwatorium z możliwością zwiedzania, czym prędzej zabrałem się za planowanie tej fascynującej wycieczki.

Mowa to u Obserwatorium Astronomicznym imienia Tadeusza Banachiewicza, które wybudowane zostało w miejscu przedwojennej stacji obserwacyjnej będącej zamiejską filią Obserwatorium Krakowskiego. Przy wyborze lokalizacji placówki brano pod uwagę szereg czynników. Musiało być to miejsce zarówno położone możliwie jak najwyżej, jak i dobrze skomunikowane z Krakowem. Wybór padł na Łysinę (dawna Nazwa Lubomira), której wysokość określano wówczas na 912 metrów nad poziomem morza. Stacja swoją działalność rozpoczęła w 1922 roku i początkowo składały się na nią drewniany pawilon obserwacyjny z otwieranym dachem oraz domek myśliwski pełniący jednocześnie funkcję budynku mieszkalnego. Tuż obok nich znajdowała się platforma, z której prowadzone były  obserwacje i budka meteorologiczna.

Nowy budynek obserwatorium oddany został do użytku w 2007 roku i muszę przyznać, że robi on niesamowite wrażenie. Wyposażone jest ono między innymi w dwie kopuły astronomiczne o średnicach 3 oraz 5 metrów. Znaleźć tu można także szereg różnego rodzaju teleskopów, z których część wykorzystywana jest do przeprowadzania naukowych obserwacji nieba, inne natomiast – do celów dydaktycznych i obserwatorskich. Jak udało mi się dowiedzieć od jednego z pracowników, regularnie odbywają się tu tematyczne wykłady, prelekcje oraz pokazy nieba dla młodzieży szkolnej.

W najbliższym czasie działalność dydaktyczna placówki ma się poszerzyć o warsztaty astronomiczne dla turystów indywidualnych. W szczególności ucieszyła mnie jednak wiadomość, że raz w miesiącu odbywają się tu wieczorne pokazy nieba. Nie widzę lepszego sposobu na symboliczny powrót do lat młodości i, wciąż aktualnych, dziecięcych pasji! Polecam to miejsce wszystkim, nie tylko miłośnikom astronomii, bez względu na wiek.

0

Przysłuchując się rozmowom młodych ludzi na temat ich aktywności sportowej, coraz częściej zauważam, że zamiast w plenerze wolą oni ćwiczyć na siłowniach. Trochę trudno mi to zrozumieć, bo bieganie w plenerze ma moim zdaniem same zalety – w jego trakcie mamy bezpośredni kontakt z przyrodą, poznajemy nowe miejsca, dotleniamy się, a co więcej – nie wydajemy na to ani grosza. Świetnym miejscem wartym przetestowania jest na przykład Rabka Zdrój i jej okolice.

Mój wiek i kondycja nie pozwalają mi wprawdzie na uprawianie sportu, jakim jest bieganie, lecz bardzo chętnie urządzam sobie różnego rodzaju piesze wycieczki bo Beskidzie Wyspowym.

W Rabce Zdrój jest całe mnóstwo miejsc, w których możemy aktywnie spędzić czas wolny – od alei w parku miejskim, po trasy wiodące szlakami turystycznymi i duktami leśnymi. Różnią się one od siebie zarówno podłożem, jak i długością czy stopniem nachylenia.

Osobom początkującym, z doświadczenia polecić mogę ścieżki w parku zdrojowym oraz na lewym brzegu rzeki Poniczanka.

Jeżeli chodzi natomiast o bardziej zaawansowanych miłośników biegania czy pieszych wycieczek, to z tego co udało mi się dowiedzieć od zaprzyjaźnionego maratończyka, w okolicy Rabki Zdrój warto pokonać jedną z poniższych tras:

Park Zdrojowy – góra Krzywoń (630 m n.p.m.). Dystans: około 3 km;
Park Zdrojowy – góra Bania (608 m n.p.m.) – góra Królewska (wieża widokowa z 80 schodami). Dystans: około 3,5 km;
Park Zdrojowy – górą Piątkowska (710 m n.p.m.). Dystans: 5 km;
Park Zdrojowy – schronisko „Maciejowa” (830 m n.p.m.). Dystans: 4,5 km;
Park Zdrojowy – schronisko „Stare Wierchy) (980 m n.p.m.). Dystans: 9km;
Park Zdrojowy – schronisko „Turbacz” (1300 m n.p.m.). Dystans: 18 km.

Gorąco zachęcam Was do aktywnego spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Jeżeli nie przepadacie za bieganiem, zacznijcie od spacerów lub nordic walkingu. W czasach mojej młodości nie mieliśmy alternatyw w postaci telewizji czy Internetu, a mimo to lata te uważam za najlepsze w moim życiu.

0

Jakiś czas temu opisywałem swoją wyprawę na jeden ze szczytów Beskidu Wyspowego, jakim jest Mogielnica. Wspomniałem wówczas o znajdującej się u jej stóp Polany Stumorgowej. Dzisiaj chciałbym powiedzieć o niej nieco więcej jako, że jest to miejsce iście urokliwe.

Wspinając się na Mogielnicę, trudno ją przeoczyć. Zlokalizowana jest ona na wysokości około 1000 metrów nad poziomem morza, na długim grzbiecie, który łączy Mogielnicę z Krzystonowem. Tajemniczo brzmiąca nazwa Polany wywodzi się z dawnej jednostki mierzenia powierzchni zwanej morgiem równej około połowie hektara, która za czasów mojej młodości była powszechnie używana, dziś natomiast, odeszła w niepamięć. W rzeczywistości jednak, Polana Stumorgowa posiada o wiele większą powierzchnię.

Z tego co opowiadał mi mój dziadek, powstała ona na skutek działalności Wołochów, którzy to w XIV i XV wieku zajmowali się działalnością pasterską na szczytach karpackich gór. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że pod koniec XIX wieku część Polany Stumorgowej zaorano pod uprawy rolnicze. Niestety, ze względu na jałową i kamienistą glebę, po jakimś czasie zrezygnowano tam z tego typu działalności. Co więcej, dużą część terenu stanowiła wówczas psia trawka, która nie jest lubiana przez owce i bydło.

Gdy już dotrzemy na Polanę, warto przystanąć tam na nieco dłużej i popodziwiać rozpościerające się z niej widoki. Dostrzec można stamtąd między innymi Modyń, Wielki Wierch, Pieniny oraz pasmo Gorców. Wręcz nie mogę się doczekać ciepłych, słonecznych dni, które aż proszą się, by rozłożyć się wygodnie na trawie i w otoczeniu otoczeniu beskidzkiej natury zapomnieć na chwilę o troskach dnia codziennego.

0

Przechadzając się pewnego dnia po Kasinie Wielkiej, na jeden z tablic ogłoszeniowych moim oczom ukazał się mocno już sfatygowany, nieco wyblakły plakat. Jedyne co udało mi się z niego wyczytać to „130 ROCZNICA OTWARCIA GALICYJSKIEJ KOLEI TRANSWERSALNEJ!”. Jak to możliwe, że od wydarzenia tego minęło już tyle lat? Do dziś nie mogę nadziwić się, że w tak krótkim czasie udało się przeprowadzić przedsięwzięcie o tak dużym rozmachu. 555 kilometrów torów kolejowym w niezwykle trudnym, górskim terenie, wraz ze wszystkimi niezbędnymi drogami dojazdowymi, urządzeniami technicznymi oraz stacjami wraz z budynkami mieszkalnymi dla kolejarzy, a to wszystko w zaledwie dwa lata!

Ciekawi Was wszystkich zapewne jaki był podstawowy cel tej inwestycji. Głównym czynnikiem, który przesądził o budowie tejże linii był aspekt militarny. Umożliwiła ona stworzenie alternatywnego ciągu komunikacyjnego dla głównej linii pomiędzy Krakowem a Lwowem, która była istotna pod kątem strategicznym dla Cesarstwa Austro-Węgier. Spodziewano się także aktywizacji słabo rozwiniętych terenów Galicji, dla których to Kolej Transwersalna stała się impulsem do rozwoju gospodarczego.

Pamiętam jak dziś przełom roku 1914 i 1915, kiedy to podczas I Wojny Światowej koleją tą transportowane było wojsko i zaopatrzenia. Służyła ona wówczas także do ewakuacji rannych. Ma to dla mnie szczególne znaczenie, jako, że dzięki niej udało się uratować mojego wujka Wacława, który dzięki szybkiej interwencji medycznej powrócił do zdrowia już po kilku tygodniach. Nawet nie chcę myśleć, co mogłoby się stać gdyby nie ten szlak.

Co działo się z koleją dalej? Tego musiałem się już dowiedzieć z literatury fachowej. Tylko skąd wziąć? Z pomocą przyszedł mi jeden z napotkanych w trakcie wędrówki mieszkańców, który pokazał mi drogę do tamtejszej biblioteki. W jednej z pozycji udało mi się znaleźć informację, że w okresie międzywojennym trasa Galicyjskiej Kolei Transwersalnej służyła do transportu osób oraz towarów. Na przełomie lat 70 i 80 dwudziestego wieku odcinki Zwadroń – Żywiec – Sucha – Beskidzka – Chabówka i Nowy Sącz – Jasło doczekały się nawet elektryfikacji!

To, co przeczytałem później bardzo mnie zasmuciło. W obliczu konkurencji transportu drogowego, odcinek Nowy Sącz – Chabówka został zamknięty w 2006 roku. Podobny los spotkał odcinek Żywiec – Sucha Beskidzka, Nowy Zagórz – Krościenko oraz Stróże – Jasło. Na szczęście, przez kilka miesięcy w roku pomiędzy Chabówką a Kasiną Wielką kursuje pociąg retro z parowozem i zabytkowymi wagonami. Czy dzięki takiej przejażdżce uda mi się powrócić wspomnieniami do lat młodzieńczych?
Czas pokaże.

0

Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że przez tyle lat mojego życia zwiedziłem już niemalże wszystkie atrakcje Beskidu Wyspowego, zupełnie przez przypadek dowiaduje się o kolejnym miejscu, którego nie miałem jeszcze okazji odwiedzić. Tak samo było w przypadku Diablego Kamienia.

Stojąc w kolejce w niewielkim sklepiku spożywczym w Kasinie Wielkiej, podsłuchałem rozmowę dwóch turystów, którzy z ożywieniem wspominali swoją wycieczkę do jakiegoś potężnego głazu u wschodnich podnóży góry Grodzisko. Brzmiało to niezwykle ciekawie więc zebrałem się na odwagę i spytałem o jakim miejscu tak dyskutują. „Nie słyszał Pan o Diablim Kamieniu? Koniecznie musi się Pan tam wybrać!” – odparli zgodnie.

Długo nie czekając, na drugi dzień znalazłam się w miejscowości Krzesławice. Tajemniczy kamień rzuca się w oczy już z daleka. Ma on bowiem aż 55 metrów długości, 12 metrów szerokości i od 17 do 25 metrów wysokości. Znajduje się on w bardzo malowniczej okolicy – na wzgórzu, na granicy z lasem. W Diablim Kamieniu zachwyciło mnie przede wszystkim to, że nie jest on jednolitą bryłą – posiada liczne wyżłobienia i pęknięcia, a na szczycie małe wgłębienia, gdzie gromadzi się woda deszczowa.

Jako, że pogoda tego dnia była sprzyjająca, postanowiłem wspiąć się na kamień – możliwe jest to od jego południowej strony. Zwieńczony jest on metalowym, zabetonowanym krzyżem i rozpościera się z niego malowniczy widok na okolicę.

Zapomniałbym o najważniejszym – Diabli Kamień to nie po prostu jakaś zwykła skała – kilkadziesiąt lat temu żył tu bowiem pustelnik z klasztoru cystersów w Szczyrzycu. Była to niesamowita postać – zamieszkiwał on pustelnię o wymiarach 2 na 2,5 metra, sypiał w otwartej trumnie i hodował pszczoły oraz kozy.

Niestety, wyraźnie da się zauważyć, że kapliczka oraz pustelnia powoli niszczeją. Na szczęście, gminy Raciechowice oraz Jodłownik robią wszystko, by móc przejąć ten teren i we właściwy sposób konserwować te unikalne obiekty. Szczerze trzymam kciuki za tą wspaniałą inicjatywę!

0

W czasach mojej młodości konstruktorzy i naukowcy usilnie starali się wymyślić sposób na wzniesienie się w powietrze. Jak się okazuje, kilkaset lat później czynność ta nikogo nie dziwi i jest zarówno sposobem na pokonywanie mniejszych lub większych odległości, jak i formą spędzania czasu wolnego. Dziś będę miał jedyną w swoim rodzaju okazję, by przyjrzeć się nieco bliżej sportowi, który nazywany jest paralotniarstwem. Przyznam szczerze, że zupełnie nie wiem czego się spodziewać.

Jak udało mi się dowiedzieć od pasjonatów tej formy rekreacji, paralotniarstwo polega na lataniu przy użyciu paralotni, czyli szybowca o miękkim płacie nośnym.

W Beskidzie Wyspowym, rejonie w którym się znajduję, amatorzy tego sportu w szczególności upodobali sobie dwa szczyty: Ćwilin oraz Śnieżnicę.

Pierwszy z nich jest drugim co do wielkości szczytem górskim Beskidu Wyspowego, który charakteryzuje się stosunkowo płaskim oraz długim zboczem południowym. Jest to góra mało uczęszczana, przez co miłośnicy tego sportu nie muszą się obawiać o tłok. Brak tu oficjalnego lądowiska – do lądowania przeważnie wykorzystuje się pola pod Małym Ćwilinkiem (wzniesieniem o wysokości 795 metrów nad poziomem morza).

Śnieżnica to natomiast doskonały wybór dla wszystkich miłośników zapierających dech w piersiach widoków – podziwiać można stąd zarówno Ciecień (szczyt o wysokości 825 metrów nad poziomem morza), jak Zbiornik Dobczycki oraz oddalony o niecałą godzinę drogi Kraków. Przy dobrych warunkach atmosferycznych możliwe są przeloty w stronę Tatr oraz Słowacji. Niestety, szczyt jest ten dosyć znany wśród fanów paralotniarstwa, więc niekiedy bywa tu tłoczno. Rolę oficjalnego lądowiska pełni łąka poniżej stacji PKP.

Obserwując paralotniarzy nie mogłem się nadziwić z jaką łatwością wnoszą się oni i szybują w powietrzu – wygląda to niesamowicie. Chętnie wypróbowałbym tego sportu, lecz jedyną możliwością jaka rozważam jest lot w tandemie z wykwalifikowanym instruktorem.

0

Pamiętam jak dziś kiedy w pewien letni poranek udaliśmy się wraz z przyjaciółmi na Śnieżnicę. Po drodze robiliśmy sobie sporo przystanków, by podziwiać zapierające dech w piersiach widoki i gdy zbliżaliśmy się do szczytu, zaczynało się już ściemniać. Pamiętam jak bardzo żałowaliśmy wtedy, że w pobliżu szczytu nie znajduje się żadne schronisko gdzie moglibyśmy się przenocować i wyruszyć z samego rana. Jak się jednak okazuje, kilkadziesiąt lat po mojej wizycie istniała tu już możliwość noclegu.

W jednej z pozycji książkowych na temat Beskidu Wyspowego udało mi się znaleźć informację, że w 1928 ksiądz Józef Witkowski rozpoczął tu budowę kolonii letniej dla młodzieży Sodalicji Mariańskiej. W 1930 prace zostały zakończone i obiekt odwiedziło kilkunastu chłopców z całej Polski. Rok później znajdowała się tu już drewniana kaplica, a w dwa lata później wybudowany został pełnowymiarowy basen kąpielowy oraz nowe budynki mieszkalne. Ostatni turnus kolonijny zakończył się pod koniec 1939 roku. Okres wojny nie był na szczęście dla kolonii rujnujący; gorzej sytuacja wyglądała tuż po niej kiedy to władza ludowa dokonała tak zwanej nacjonalizacji. Zmiany jakie nastąpiły po 1989 roku stworzyły możliwość przywrócenia temu miejscu dawnej świetności – po długich staraniach udało się odzyskać budynki oraz skrawek lasu; powstało tu także stowarzyszenie duszpasterzy młodzieży.

Wiosną planuję się wybrać do tego niesamowitego miejsca, jako, że przyjmuje ono nie tylko grupy rekolekcyjne czy wypoczynkowe, lecz również turystów indywidualnych. Ogromnym plusem jest również pełne wyżywienie opierające się na produktach wiejskich oraz taras z malowniczym widokiem. Najmłodsi nie będą się tu nudzić – znajduje się tu bowiem plac zabaw oraz dwa boiska sportowe. Ja najbardziej nie mogę się jednak doczekać tej ciszy i spokoju oraz odpoczynku z dala od cywilizacji czego bardzo brakuje mi na co dzień.

0

Jednym z moich ulubionych sportów w czasach młodości było narciarstwo biegowe. W ten właśnie sposób bardzo często spędzałem sobotnie popołudnia z rodzicami sunąc po okolicznych polanach i lasach. Pamiętam również, że mój dziadek, zawodowy leśniczy, właśnie na nartach biegowych polował swego czasu na jelenie.

Stąd też ogromna była moja radość, gdy dowiedziałem się, że jeden z moich ulubionych szczytów Beskidu Wyspowego – Mogielnicę, pokonać można w ten sposób. Co ciekawe, jest to zarazem najdłuższa, jak i najwyżej położona trasa do narciarstwa biegowego w całej Małopolsce! Jest ona również niezwykle malownicza. Polecam w szczególności udać się na polanę Stumorgową, skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok. Jak udało mi się dowiedzieć od zaprzyjaźnionych narciarzy, ze względu na panujący tam mikroklimat, wokół Mogielnicy biegać można również w marcu czy kwietniu! Dotarcie na trasę możliwe jest na kilka sposobów: niebieskim szlakiem rowerowym z przełęczy Chyszówki, z miejscowości Szczawna, skąd będziemy mieli do pokonania około 3,5 kilometra wygodnej drogi, z Podmogielnicy oraz Słopnic, gdzie czeka nas krótkie dojście równie komfortową drogą, z Wyrębisk oraz Zalesia ze znajdującego się najbliżej trasy parkingu, gdzie czeka nas dojazd drogą asfaltową przez Przełęcz Słopnicką oraz z Polan i Półrzeczki z parkingu znajdującego się od południowo – zachodniej strony trasy.

Niezwykle cieszą mnie tego typu inicjatywy i mam nadzieję, że w najbliższym czasie w Beskidzie Wyspowym powstanie jeszcze niejedna trasa narciarstwa biegowego. Gdybym tylko był o kilkanaście lat młodszy, chętnie przetestowałbym każdą z nich osobiście. Od czego są jednak piesze wędrówki?